Archiwum dlaRobert Rodriguez

“Sin City”

Za oknami burza, brak gwiazd czy księżyca. Stary detektyw w niszczonym prochowcu zapala po raz nasty ten sam niedopałek cygara. Do biura z trzaskiem wchodzi famme fatale z rewlowerem w ręku… Myślicie, że to opis starego czytadła noir z lat dwudziestych? Nic bardziej mylnego. Jest rok 2005 i do kin wchodzi nowy film Roberta Rodrigueza i Franka Millera.

Teraz pora na osobistą dygresję: dobrym podkładem muzycznym byłaby płyta Dog Fashion Disco “Adultery”. Kto słyszał ten wie, a kogo ominęła ta przyjemnośc niech żałuje. Jazz, swing i kwał rockowego mięcha. Yeah.

 Wrócmy teraz do filmu. Słowa klucze: stylizacja oraz nastrój. Pozornie błachy i brutalny temat został podany tak sugestywnie, że wchodzi wręcz odbiorcy pod skórę. Czarno-biały filtr nałożony na obraz wprowadza atmosferę z najlepszego dreszczowca. Można też powiedziec, że to zasługa takich gadżetów jak spluwy, samochody, pieniądze, piękne kobiety, alkohol czy seks. Ale moim zdaniem chodzi o czerń i biel.

Once Upon a Time in Mexico

El Mariachi powraca po raz ostatni, ponownie szukając vendetty po śmierci swej ukochanej. Ale powiedzmy sobie szczerze: dzięki jego cierpieniu ogladmy ponownie kawal dobrego meksykanskiego westernu i strzelaniny z udzialem gitar (a jakze by inaczej) akustycznych. Poniewaz muzyka tylko z tego instrumentu jest w stanie poruszyc serce latynowskiego macho.

Po premierze tego filmu pojawily sie zrazu glosy, ze to nie jest juz to samo, ze odcinanie kuponow, ze zle. Moim skromnym zdanie wszytskie te opinie to nawóz prawda. Powiem więcej: jest to najlepsza częśc meksykańskiej trylogii. Zaplątanie akcji dodało serii wigoru, a nowe postacie wnoszą duzo kolorytu do historii. W szczegolnosci tyczy sie to Deppa, ale i postacie poboczne (z martwych wraca Danny Trejo) błyszczą osobiowością.

Warto obejrzec ten film w komplecie z oryginalnym, wyprodukowanym za 4 tys. dolarów, “El Mariachi”. Droga która została pomiędzy nimi jest niewiarygodna. Choc msciciel z gitarą wciąż gra tą samą pustą melodię…

From Dusk Till Dawn

 

Pewnego razu w Meksyku… Wprawdzie to tytuł całkiem innego filmu, ale pasuje jak znalazł również do pierwszego wspólnego projektu Quentina Tarantino (w roli scenarzysty i aktora) i Roberta Rodriqueza: “Od zmierzchu do świtu”. Ponieważ meksykańskie opowieści w wykonaniu tej dwójki zawsze są wyborne. I zawsze solidnie podlane kiczem. Mniam.

Zacznijmy od pierwszej połowy filmu… Bo na wstępnie trzeba zaznaczyc, że w cenie jednego biletu dostajemy właściwie dwa różne obrazy, tak jak różnią się od siebie obydwaj reżyserzy. Rozpoczynamy od Tarantino w sosie własnym. Genialny film sensacyjny, w czasie którego co chwila pada “kultowy” dialog. Ot, przykład:

 -Gdzie jedziemy? 

-Do Meksyku.

- A co jest w Meksyku?

-Meksykanie.

Małe a cieszy. Oczywiście trzeba wspomniec zaskakująco dobrą grę George’a Coolneya, który praktycznie kradnie spektakl reszcie obsady. Z jednym wyjątkiem… (ci którzy widzieli już film wcześniej wiedzą o co chodzi, mrugnięcie okiem) Taniec Salmy Hayek z wężem, oraz nietypowe upajanie Quentina winem długo zapada w pamięc. Naprawdę długo.

Salma macha zalotnie nóżką, widz w pełnym skupieniu ogląda ta piękną latynoskę i wtem… Wkracza wykopując drzwi i plując na podłogę Rodriquez. Wampiry, krew, krew, krew, strzelby, macho-meni oraz pełno humoru. Skok przez płot o 180 stopni. Obecnośc Danny’ego Trejo i Toma Saviniego zdecydowanie nieprzypadkowa. “Od zmierzchu do świtu” to właściwie protoplasta “Grindhouse vol. 2″, jak także kontynuator chociażby “Martwego Zła”.

Krótko podsumowując: Warto? Warto.

Grindhouse vol.2: Planet Terror

 

Kobieta z karabinem maszynowym zamiast nogi. Szalony naukowiec kolekcjonujący ludzkie szczątki. Grupa żołnierzy, która po zabicu Bin Ladena, zostaje skazana na chorobę. Tajemniczy właściciel złomowiska o ksywie El Wray. I to wszystko w jednym filmie.

Robert Rodriguez w swoim wspólnym projekcie z Quentinem Tarantino, będącym hołdem dla kina Exploitacion lat 70, poszedł w zupełną inną stronę, niż swój wieloletni przyjaciel. QT w ramy niskobudżetowego kina sensacyjnego i grozy włożył całkiem inteligenty i na swój sposób perweryjny (w tym tradycyjny fetysz kobiecych stóp). Rodrigez nie ma takich amibicji nawet przez jedną minutę trwania filmu. Jest to proste przeniesienie kiczu kin Grindhouse w wspólczesne realia. Jednym zdaniem: niskobudżetowy “crap” za 50 milinów.

Ale gdy cały ten “crap” staje się zamierzony film otrzymuje trochę inny wymiar od swoich poprzedników z lat 70. Groteska i przesada przypomina wręcz filmy Tima Burtona, tyle z hektolitrami krwi i obrzydliwości. Konwencja pozwala na dosłownie wszytsko. Niech przykładem będzie tytuł jednej z fałszywych zapowiedzi przed filmem: “Kobiety Wikołaki z SS”. Niektórych to odstręczy, niektórzy pochłonią każdy kadr filmu. Przy tym reżyser nie akceptuje żadnych kompromisów. Chce pokazac karate-macho jeżdzącego na zabawkowym motorku – pokazuje to. Gnijące zwłoki – proszę bardzo. Przykładów można mnożyc bez liku.

To nie jest zdecydowanie film dla wszytskich, co pokazują niezbyt dobre wyniki finansowe filmu. Zasada od fana dla fanów ( w tym przypadku gore i exploitacion) zadziałała tutaj jednak w pełni. To chbya najlepszy dotąd film Rodrigueza, lub chociaż może rywalizowac o ten tytuł z Sin City. Mam nadzieję, że nadchodząca dużymi krokami Barbarella przyniesie mi podobną dawkę rozrywki.