
Za oknami burza, brak gwiazd czy księżyca. Stary detektyw w niszczonym prochowcu zapala po raz nasty ten sam niedopałek cygara. Do biura z trzaskiem wchodzi famme fatale z rewlowerem w ręku… Myślicie, że to opis starego czytadła noir z lat dwudziestych? Nic bardziej mylnego. Jest rok 2005 i do kin wchodzi nowy film Roberta Rodrigueza i Franka Millera.
Teraz pora na osobistą dygresję: dobrym podkładem muzycznym byłaby płyta Dog Fashion Disco “Adultery”. Kto słyszał ten wie, a kogo ominęła ta przyjemnośc niech żałuje. Jazz, swing i kwał rockowego mięcha. Yeah.
Wrócmy teraz do filmu. Słowa klucze: stylizacja oraz nastrój. Pozornie błachy i brutalny temat został podany tak sugestywnie, że wchodzi wręcz odbiorcy pod skórę. Czarno-biały filtr nałożony na obraz wprowadza atmosferę z najlepszego dreszczowca. Można też powiedziec, że to zasługa takich gadżetów jak spluwy, samochody, pieniądze, piękne kobiety, alkohol czy seks. Ale moim zdaniem chodzi o czerń i biel.


