Once Upon a Time in Mexico

El Mariachi powraca po raz ostatni, ponownie szukając vendetty po śmierci swej ukochanej. Ale powiedzmy sobie szczerze: dzięki jego cierpieniu ogladmy ponownie kawal dobrego meksykanskiego westernu i strzelaniny z udzialem gitar (a jakze by inaczej) akustycznych. Poniewaz muzyka tylko z tego instrumentu jest w stanie poruszyc serce latynowskiego macho.

Po premierze tego filmu pojawily sie zrazu glosy, ze to nie jest juz to samo, ze odcinanie kuponow, ze zle. Moim skromnym zdanie wszytskie te opinie to nawóz prawda. Powiem więcej: jest to najlepsza częśc meksykańskiej trylogii. Zaplątanie akcji dodało serii wigoru, a nowe postacie wnoszą duzo kolorytu do historii. W szczegolnosci tyczy sie to Deppa, ale i postacie poboczne (z martwych wraca Danny Trejo) błyszczą osobiowością.

Warto obejrzec ten film w komplecie z oryginalnym, wyprodukowanym za 4 tys. dolarów, “El Mariachi”. Droga która została pomiędzy nimi jest niewiarygodna. Choc msciciel z gitarą wciąż gra tą samą pustą melodię…

Dodaj komentarz