From Dusk Till Dawn

 

Pewnego razu w Meksyku… Wprawdzie to tytuł całkiem innego filmu, ale pasuje jak znalazł również do pierwszego wspólnego projektu Quentina Tarantino (w roli scenarzysty i aktora) i Roberta Rodriqueza: “Od zmierzchu do świtu”. Ponieważ meksykańskie opowieści w wykonaniu tej dwójki zawsze są wyborne. I zawsze solidnie podlane kiczem. Mniam.

Zacznijmy od pierwszej połowy filmu… Bo na wstępnie trzeba zaznaczyc, że w cenie jednego biletu dostajemy właściwie dwa różne obrazy, tak jak różnią się od siebie obydwaj reżyserzy. Rozpoczynamy od Tarantino w sosie własnym. Genialny film sensacyjny, w czasie którego co chwila pada “kultowy” dialog. Ot, przykład:

 -Gdzie jedziemy? 

-Do Meksyku.

- A co jest w Meksyku?

-Meksykanie.

Małe a cieszy. Oczywiście trzeba wspomniec zaskakująco dobrą grę George’a Coolneya, który praktycznie kradnie spektakl reszcie obsady. Z jednym wyjątkiem… (ci którzy widzieli już film wcześniej wiedzą o co chodzi, mrugnięcie okiem) Taniec Salmy Hayek z wężem, oraz nietypowe upajanie Quentina winem długo zapada w pamięc. Naprawdę długo.

Salma macha zalotnie nóżką, widz w pełnym skupieniu ogląda ta piękną latynoskę i wtem… Wkracza wykopując drzwi i plując na podłogę Rodriquez. Wampiry, krew, krew, krew, strzelby, macho-meni oraz pełno humoru. Skok przez płot o 180 stopni. Obecnośc Danny’ego Trejo i Toma Saviniego zdecydowanie nieprzypadkowa. “Od zmierzchu do świtu” to właściwie protoplasta “Grindhouse vol. 2″, jak także kontynuator chociażby “Martwego Zła”.

Krótko podsumowując: Warto? Warto.

Dodaj komentarz