
“Bo to zła kobieta była”. Wypowiadając te słowa Bogusław L. nawet sobie nie wyobrażał w jakim stopniu femme może byc fatale.
Quentin Tarantino po ogromnym sukcesie “Pulp Fiction” w czasie kolejnych produkcji zmagał się wciąż z legendą tamtego dzieła. Stawiając na bezkompromisowośc, powoli tracił zwolenników, a nawet groziła mu łatka reżysera jednego hitu (no, może oprócz “Wściekłych Psów”). Po premierze “Kill Billa” wszyscy już wiedzieli: król powrócił na tron.
Fabuła filmu jest wręcz archetypowa: zdradzony bohater mści się na swoich wrogach, przywodzi ona na myśl kino Dalekiego Wschodu. I to jest właściwy trop. Tarantino pełnymi garściami czerpie z azjatyckiego kina akcji, często z tego drugiego gatunku. Mamy więc totalną jatkę za pomocą katan, walczące dziewczynki w mundurkach (a to i nie najbardziej skrajny przejaw przerysowania postaci – uwzglednic tu mozna Crazy 99 czy tez Matkę-Polkę-Morderczyni) jak i też scenę wykonaną w japonskim stylu animacji – anime. Całośc dopełnia kiczowata, acz czasem bardzo klimatyczna muzyka.
Akcja akcją (scena walki w japońskim barze powinna przejśc do historii kina – innej sytuacji mój umysł nie przyjmuje) ale osią filmu są, co typowe u QT, świetnie napisane i przy tym zagrane, dialogii. Praktycznie każda linijka scenariusza może służyc jako cytat, powiedzonko. I tak właśnie tworzy się dzieła kultowe. Każdy element filmu jest dokładnie umieszczony tam gdzie powinnien, z chirurgiczną precyzją.
Po obejrzeniu takiego filmu można powiedziec tylko jedno słowo: Amen. Lub ewentualnie dodac: Cholernie się cieszę że wróciłeś Quentin.