Archiwum dlalistopad, 2007

Once Upon a Time in Mexico

El Mariachi powraca po raz ostatni, ponownie szukając vendetty po śmierci swej ukochanej. Ale powiedzmy sobie szczerze: dzięki jego cierpieniu ogladmy ponownie kawal dobrego meksykanskiego westernu i strzelaniny z udzialem gitar (a jakze by inaczej) akustycznych. Poniewaz muzyka tylko z tego instrumentu jest w stanie poruszyc serce latynowskiego macho.

Po premierze tego filmu pojawily sie zrazu glosy, ze to nie jest juz to samo, ze odcinanie kuponow, ze zle. Moim skromnym zdanie wszytskie te opinie to nawóz prawda. Powiem więcej: jest to najlepsza częśc meksykańskiej trylogii. Zaplątanie akcji dodało serii wigoru, a nowe postacie wnoszą duzo kolorytu do historii. W szczegolnosci tyczy sie to Deppa, ale i postacie poboczne (z martwych wraca Danny Trejo) błyszczą osobiowością.

Warto obejrzec ten film w komplecie z oryginalnym, wyprodukowanym za 4 tys. dolarów, “El Mariachi”. Droga która została pomiędzy nimi jest niewiarygodna. Choc msciciel z gitarą wciąż gra tą samą pustą melodię…

From Dusk Till Dawn

 

Pewnego razu w Meksyku… Wprawdzie to tytuł całkiem innego filmu, ale pasuje jak znalazł również do pierwszego wspólnego projektu Quentina Tarantino (w roli scenarzysty i aktora) i Roberta Rodriqueza: “Od zmierzchu do świtu”. Ponieważ meksykańskie opowieści w wykonaniu tej dwójki zawsze są wyborne. I zawsze solidnie podlane kiczem. Mniam.

Zacznijmy od pierwszej połowy filmu… Bo na wstępnie trzeba zaznaczyc, że w cenie jednego biletu dostajemy właściwie dwa różne obrazy, tak jak różnią się od siebie obydwaj reżyserzy. Rozpoczynamy od Tarantino w sosie własnym. Genialny film sensacyjny, w czasie którego co chwila pada “kultowy” dialog. Ot, przykład:

 -Gdzie jedziemy? 

-Do Meksyku.

- A co jest w Meksyku?

-Meksykanie.

Małe a cieszy. Oczywiście trzeba wspomniec zaskakująco dobrą grę George’a Coolneya, który praktycznie kradnie spektakl reszcie obsady. Z jednym wyjątkiem… (ci którzy widzieli już film wcześniej wiedzą o co chodzi, mrugnięcie okiem) Taniec Salmy Hayek z wężem, oraz nietypowe upajanie Quentina winem długo zapada w pamięc. Naprawdę długo.

Salma macha zalotnie nóżką, widz w pełnym skupieniu ogląda ta piękną latynoskę i wtem… Wkracza wykopując drzwi i plując na podłogę Rodriquez. Wampiry, krew, krew, krew, strzelby, macho-meni oraz pełno humoru. Skok przez płot o 180 stopni. Obecnośc Danny’ego Trejo i Toma Saviniego zdecydowanie nieprzypadkowa. “Od zmierzchu do świtu” to właściwie protoplasta “Grindhouse vol. 2″, jak także kontynuator chociażby “Martwego Zła”.

Krótko podsumowując: Warto? Warto.

Kill Bill vol. 1

 

“Bo to zła kobieta była”. Wypowiadając te słowa Bogusław L. nawet sobie nie wyobrażał w jakim stopniu femme może byc fatale.

Quentin Tarantino po ogromnym sukcesie “Pulp Fiction” w czasie kolejnych produkcji zmagał się wciąż z legendą tamtego dzieła. Stawiając na bezkompromisowośc, powoli tracił zwolenników, a nawet groziła mu łatka reżysera jednego hitu (no, może oprócz “Wściekłych Psów”). Po premierze “Kill Billa” wszyscy już wiedzieli: król powrócił na tron.

Fabuła filmu jest wręcz archetypowa: zdradzony bohater mści się na swoich wrogach, przywodzi ona na myśl kino Dalekiego Wschodu. I to jest właściwy trop. Tarantino pełnymi garściami czerpie z azjatyckiego kina akcji, często z tego drugiego gatunku. Mamy więc totalną jatkę za pomocą katan, walczące dziewczynki w mundurkach (a to i nie najbardziej skrajny przejaw przerysowania postaci – uwzglednic tu mozna Crazy 99 czy tez Matkę-Polkę-Morderczyni) jak i też scenę wykonaną w japonskim stylu animacji – anime. Całośc dopełnia kiczowata, acz czasem bardzo klimatyczna muzyka.

Akcja akcją (scena walki w japońskim barze powinna przejśc do historii kina – innej sytuacji mój umysł nie przyjmuje) ale osią filmu są, co typowe u QT, świetnie napisane i przy tym zagrane, dialogii. Praktycznie każda linijka scenariusza może służyc jako cytat, powiedzonko. I tak właśnie tworzy się dzieła kultowe. Każdy element filmu jest dokładnie umieszczony tam gdzie powinnien, z chirurgiczną precyzją.

Po obejrzeniu takiego filmu można powiedziec tylko jedno słowo: Amen. Lub ewentualnie dodac: Cholernie się cieszę że wróciłeś Quentin.