Jako bonus zapowiedź prawdopodobnie najlepszego obrazu przyszłego roku. Nacieszcie oko, bo warto.
Jako bonus zapowiedź prawdopodobnie najlepszego obrazu przyszłego roku. Nacieszcie oko, bo warto.

Dziś bez recenzji, lecz jedynie opis fabuły, ponieważ na Ten film nie można znaleśc odpowiednich słów. Jeden z najciekawszych obrazów jaki widziałem, a przy okazji zasłużenie miejsce pierwsze na liście najbardziej kiczowatych filmów wszechczasów.
Atrakcyjna międzygwiezdna dzielna agentka Barbarella (Jane Fonda), z rozkazu Prezydenta Wszechświata (C. Dauphin) ma odnaleźć i wyrwać tajną broń naukowcowi Durand Durandowi (M. O’Shea) z innej planety. Pozbawiony skrupułów wynalazca Durand Durand (to właśnie od imienia tego zwyrodnialca zapożyczyła nazwę kapela z lat 80. Duran Duran) dysponujący śmiercionośną bronią pozytronową terroryzuje cały świat skonstruowanym przez siebie laserem o straszliwej mocy. Barbarella ma odnaleźć Durand-Duranda i unieszkodliwić go.
Po przybyciu na planetę Lythion, Barbarella zostaje schwytana przez doktora-zwyrodnialca Duranda-Duranda. Sługus złej Czarnej Królowej jest sadystycznym egzekutorem. Postanawia zamęczyć Barbarellę w Maszynie Rozkoszy, narzędziu tortur własnej konstrukcji. Naga Fonda zostaje zamknięta w machinie – wystaje jej tylko głowa. Durand zamierza zabić dziewczynę niekończącymi się orgazmami – maszyna generuje impulsy rozkoszy. Sadysta zasiada przy konsoli, która steruje dozowaniem orgazmów. Wygrywa na swojej sex-pianoli utwór Sonata Na Egzekucję Młodej Ziemianki Przez Przyjemność. Fonda rzeczywiście przeżywa dziesiątki orgazmów i gra je bardzo, bardzo sugestywnie. W dodatku okazuje się nie do zdarcia. Zamiast Barbarelli przegrzewa się w końcu maszyna.
Na planecie Sorgo komiksowa heroina Barbarella zmuszona jest do przymusowego lądowania i pada ofiarą krwiożerczych dzieci i ich lalek-robotów. Uratowana z opresji przez myśliwego Marka (U. Tognazzi), udaje się do miasta rozpusty rządzonego przez despotyczną Czarną Królową. Tu sprzymierza się z oddziałami buntowniczych rewolucjonistów i zostaje uwięziona w Maszynie Rozkoszy występnego Klucznika. A jest to zaledwie początek wydarzeń nieuchronnie zmierzających do kosmicznej katastrofy.

Najbardziej kontrowersyjny horror od 15 lat. Po latach wględnego umiaru w kinie grozy, jako odpoczynku po, ekhm, przesadzie lat osiemdziesiątych, gore powraca wściekły z wiertarką w dłoni. Quentin doskonale wyczuł zwierzynę i bez wachania zainwestował nazwisko w ten tytuł.
W tym miejscu wypadałoby opowiedziec fabule filmu, ale taka nawet gdyby byla i tak pozostalaby jedynie pretekstem. Można tez powiedziec inaczej: obraz ten w calosci jest poswiecony dwom rzeczom, i jest to seks (pierwsza połowa filmu) oraz przemoc (druga połowa filmu). Banał? Nie wtedy gdy pociągnie się to do zupełnego ekstremum.
Co więc składa się na oryginalanośc tego dzieła? Widzieliśmy już (w szczególności wyemancypowanych ltach 80-tych) przecież niewiarygodne obrzydlistwa, które zostały pociągnięte już do totalnego absurdu. Kluczem do odpowiedzi jest realizm. Nigdy wcześniej łamanie, cięcie, wkręcanie, wbijanie nie zostały podane w sposób tak sugestywny i prawdziwie. To juz nie jest krew z kisielu i gumowe kończyny. Oglądanie tego widowiska dosłownie “boli”.
Po obejrzeniu tego filmu byłem bardzo zniesmaczony. I podejrzewam że większośc widzów będzie czuła się podobnie po seansie z nim. Ale taki jest podstawowy zamysł tego obrazu, który spełnia całkowicie. Pozostaje w pamięci o wiele lepiej od setek innych mdłych horrorów – slasherów dla wyrostków, które od dawna jedynie zjadają własny ogon. I to się liczy.

Za oknami burza, brak gwiazd czy księżyca. Stary detektyw w niszczonym prochowcu zapala po raz nasty ten sam niedopałek cygara. Do biura z trzaskiem wchodzi famme fatale z rewlowerem w ręku… Myślicie, że to opis starego czytadła noir z lat dwudziestych? Nic bardziej mylnego. Jest rok 2005 i do kin wchodzi nowy film Roberta Rodrigueza i Franka Millera.
Teraz pora na osobistą dygresję: dobrym podkładem muzycznym byłaby płyta Dog Fashion Disco “Adultery”. Kto słyszał ten wie, a kogo ominęła ta przyjemnośc niech żałuje. Jazz, swing i kwał rockowego mięcha. Yeah.
Wrócmy teraz do filmu. Słowa klucze: stylizacja oraz nastrój. Pozornie błachy i brutalny temat został podany tak sugestywnie, że wchodzi wręcz odbiorcy pod skórę. Czarno-biały filtr nałożony na obraz wprowadza atmosferę z najlepszego dreszczowca. Można też powiedziec, że to zasługa takich gadżetów jak spluwy, samochody, pieniądze, piękne kobiety, alkohol czy seks. Ale moim zdaniem chodzi o czerń i biel.

El Mariachi powraca po raz ostatni, ponownie szukając vendetty po śmierci swej ukochanej. Ale powiedzmy sobie szczerze: dzięki jego cierpieniu ogladmy ponownie kawal dobrego meksykanskiego westernu i strzelaniny z udzialem gitar (a jakze by inaczej) akustycznych. Poniewaz muzyka tylko z tego instrumentu jest w stanie poruszyc serce latynowskiego macho.
Po premierze tego filmu pojawily sie zrazu glosy, ze to nie jest juz to samo, ze odcinanie kuponow, ze zle. Moim skromnym zdanie wszytskie te opinie to nawóz prawda. Powiem więcej: jest to najlepsza częśc meksykańskiej trylogii. Zaplątanie akcji dodało serii wigoru, a nowe postacie wnoszą duzo kolorytu do historii. W szczegolnosci tyczy sie to Deppa, ale i postacie poboczne (z martwych wraca Danny Trejo) błyszczą osobiowością.
Warto obejrzec ten film w komplecie z oryginalnym, wyprodukowanym za 4 tys. dolarów, “El Mariachi”. Droga która została pomiędzy nimi jest niewiarygodna. Choc msciciel z gitarą wciąż gra tą samą pustą melodię…

Pewnego razu w Meksyku… Wprawdzie to tytuł całkiem innego filmu, ale pasuje jak znalazł również do pierwszego wspólnego projektu Quentina Tarantino (w roli scenarzysty i aktora) i Roberta Rodriqueza: “Od zmierzchu do świtu”. Ponieważ meksykańskie opowieści w wykonaniu tej dwójki zawsze są wyborne. I zawsze solidnie podlane kiczem. Mniam.
Zacznijmy od pierwszej połowy filmu… Bo na wstępnie trzeba zaznaczyc, że w cenie jednego biletu dostajemy właściwie dwa różne obrazy, tak jak różnią się od siebie obydwaj reżyserzy. Rozpoczynamy od Tarantino w sosie własnym. Genialny film sensacyjny, w czasie którego co chwila pada “kultowy” dialog. Ot, przykład:
-Gdzie jedziemy?
-Do Meksyku.
- A co jest w Meksyku?
-Meksykanie.
Małe a cieszy. Oczywiście trzeba wspomniec zaskakująco dobrą grę George’a Coolneya, który praktycznie kradnie spektakl reszcie obsady. Z jednym wyjątkiem… (ci którzy widzieli już film wcześniej wiedzą o co chodzi, mrugnięcie okiem) Taniec Salmy Hayek z wężem, oraz nietypowe upajanie Quentina winem długo zapada w pamięc. Naprawdę długo.
Salma macha zalotnie nóżką, widz w pełnym skupieniu ogląda ta piękną latynoskę i wtem… Wkracza wykopując drzwi i plując na podłogę Rodriquez. Wampiry, krew, krew, krew, strzelby, macho-meni oraz pełno humoru. Skok przez płot o 180 stopni. Obecnośc Danny’ego Trejo i Toma Saviniego zdecydowanie nieprzypadkowa. “Od zmierzchu do świtu” to właściwie protoplasta “Grindhouse vol. 2″, jak także kontynuator chociażby “Martwego Zła”.
Krótko podsumowując: Warto? Warto.

“Bo to zła kobieta była”. Wypowiadając te słowa Bogusław L. nawet sobie nie wyobrażał w jakim stopniu femme może byc fatale.
Quentin Tarantino po ogromnym sukcesie “Pulp Fiction” w czasie kolejnych produkcji zmagał się wciąż z legendą tamtego dzieła. Stawiając na bezkompromisowośc, powoli tracił zwolenników, a nawet groziła mu łatka reżysera jednego hitu (no, może oprócz “Wściekłych Psów”). Po premierze “Kill Billa” wszyscy już wiedzieli: król powrócił na tron.
Fabuła filmu jest wręcz archetypowa: zdradzony bohater mści się na swoich wrogach, przywodzi ona na myśl kino Dalekiego Wschodu. I to jest właściwy trop. Tarantino pełnymi garściami czerpie z azjatyckiego kina akcji, często z tego drugiego gatunku. Mamy więc totalną jatkę za pomocą katan, walczące dziewczynki w mundurkach (a to i nie najbardziej skrajny przejaw przerysowania postaci – uwzglednic tu mozna Crazy 99 czy tez Matkę-Polkę-Morderczyni) jak i też scenę wykonaną w japonskim stylu animacji – anime. Całośc dopełnia kiczowata, acz czasem bardzo klimatyczna muzyka.
Akcja akcją (scena walki w japońskim barze powinna przejśc do historii kina – innej sytuacji mój umysł nie przyjmuje) ale osią filmu są, co typowe u QT, świetnie napisane i przy tym zagrane, dialogii. Praktycznie każda linijka scenariusza może służyc jako cytat, powiedzonko. I tak właśnie tworzy się dzieła kultowe. Każdy element filmu jest dokładnie umieszczony tam gdzie powinnien, z chirurgiczną precyzją.
Po obejrzeniu takiego filmu można powiedziec tylko jedno słowo: Amen. Lub ewentualnie dodac: Cholernie się cieszę że wróciłeś Quentin.

Kobieta z karabinem maszynowym zamiast nogi. Szalony naukowiec kolekcjonujący ludzkie szczątki. Grupa żołnierzy, która po zabicu Bin Ladena, zostaje skazana na chorobę. Tajemniczy właściciel złomowiska o ksywie El Wray. I to wszystko w jednym filmie.
Robert Rodriguez w swoim wspólnym projekcie z Quentinem Tarantino, będącym hołdem dla kina Exploitacion lat 70, poszedł w zupełną inną stronę, niż swój wieloletni przyjaciel. QT w ramy niskobudżetowego kina sensacyjnego i grozy włożył całkiem inteligenty i na swój sposób perweryjny (w tym tradycyjny fetysz kobiecych stóp). Rodrigez nie ma takich amibicji nawet przez jedną minutę trwania filmu. Jest to proste przeniesienie kiczu kin Grindhouse w wspólczesne realia. Jednym zdaniem: niskobudżetowy “crap” za 50 milinów.
Ale gdy cały ten “crap” staje się zamierzony film otrzymuje trochę inny wymiar od swoich poprzedników z lat 70. Groteska i przesada przypomina wręcz filmy Tima Burtona, tyle z hektolitrami krwi i obrzydliwości. Konwencja pozwala na dosłownie wszytsko. Niech przykładem będzie tytuł jednej z fałszywych zapowiedzi przed filmem: “Kobiety Wikołaki z SS”. Niektórych to odstręczy, niektórzy pochłonią każdy kadr filmu. Przy tym reżyser nie akceptuje żadnych kompromisów. Chce pokazac karate-macho jeżdzącego na zabawkowym motorku – pokazuje to. Gnijące zwłoki – proszę bardzo. Przykładów można mnożyc bez liku.
To nie jest zdecydowanie film dla wszytskich, co pokazują niezbyt dobre wyniki finansowe filmu. Zasada od fana dla fanów ( w tym przypadku gore i exploitacion) zadziałała tutaj jednak w pełni. To chbya najlepszy dotąd film Rodrigueza, lub chociaż może rywalizowac o ten tytuł z Sin City. Mam nadzieję, że nadchodząca dużymi krokami Barbarella przyniesie mi podobną dawkę rozrywki.